O przyszłości

  • Post
    Agnieszka P.
    Moderator
    @agnieszka-p
    Czy boję się przyszłości?

    Trochę tak. Sytuacja wokół nie napawa optymizmem. Myślę, że świat który znaliśmy już nie wróci.
    Wielu chrześcijan biblijnie wierzących dostrzega symptomy narastających bólów porodowych w zjawiskach, które nas otaczają.

    Pociecha dla wierzących jest taka, że Pan wkrótce powróci. Nie wiemy kiedy i nie wolno nam tego wiedzieć, ani spekulować na ten temat. Ale możemy cieszyć się tą myślą, że jest bliżej niż dalej.

    Co to oznacza na przykład dla mnie, w praktyce? Osobiście widzę, że wiele rzeczy dla mnie umiera, takich które kiedyś były ważne albo miłe sercu, ale należały zdecydowanie do tego świata i tego życia.

    Dzieje się to stopniowo. Czasami jeszcze zadziała siła przyzwyczajenia, po czym przychodzi refleksja: a czy to ważne? Jakie to ma znaczenie? I okazuje się, że mogę to oddać bez żalu. Podróże, remonty, plany emerytalne, zawodowe…wszystko jakoś mi blaknie. Nie ma sensu urządzać się w przemijającym świecie. Plany też nie mają sensu, bo nie wiemy, co będzie.

    Czy boję się prześladowań chrześcijan? Tak, boję się. Myślę, że jest czas żeby zacząć się modlić o moc z góry do tego, żeby Pan nas przez nie przeprowadził i żeby nie ulec pokusie, czy strachowi. Mam też ostatnio taką myśl, że przyczynkiem i przygotowaniem do prawdziwych prześladowań, tych które dotykają ciała, mogą być najpierw narastające prześladowania duchowe.

    Czytałam niedawno artykuł o winnicy Nabota i dotknęła mnie myśl autora, że Nabot nie był niemądrze uparty ani nieuległy odmawiając królowi Achabowi sprzedaży swojego dziedzictwa, lecz postąpił sprawiedliwie, według woli Bożej, nie chcąc złamać Bożego przykazania. Ceną za to była jednak nie tylko śmierć, ale najpierw utrata dobrego imienia. Zobaczyłam to pierwszy raz.

    Gotowość na utratę dobrego imienia dla Bożej sprawiedliwości jest bardzo trudnym wyzwaniem. Jesteśmy istotami społecznymi, nie wytrzymujemy ostracyzmu.
    Moja myśl na dziś- oby być i na to gotowym. Oby nie sprzedać winnicy -dziedzictwa Bożego, na taki czy inny warzywnik królewski. Marana tha.

     

Wyświetlanie 0 odpowiedzi wątku
  • Autor
    Odpowiedzi
    Błażej Piątek
    Opiekun
    • Postów: 191
    @piatek-blazej
    Ja z kolei mam taką refleksję, że cierpienie chrześcijańskie jest często decyzją. Jasne, czasami spadają na nas sytuacje “jak gromy z jasnego nieba” – tak jakby niezależnie od naszego chodzenia z Panem. Wtedy dziwimy się, że nadeszła fala nieszczęść, niepokojów i rozpoczyna się duchowa burza. “Jak to? Dlaczego?” – myślimy i dziwimy się. – “Czyżbym zgrzeszył? Co takiego zrobiłem?”. To jedna sprawa. Dzięki Bogu, że mamy taką obietnicę: “Wiele nieszczęść spotyka sprawiedliwego, ale Pan wyzwala go ze wszystkich” – Ps. 34:19.

    Czasami z kolei cierpimy w pełni zasłużenie. „A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne” (Ga 6,8). Siejemy wiatr z ciała? Zbieramy burzę. Bóg nam wybacza, ale czasami burza trwa jeszcze przez jakiś czas.

    Z drugiej strony myślę, że często Bóg pyta nas: “Czy pójdziesz całkowicie za Mną? Zdecydujesz się wejść za Mną w ciemność? Czy oddasz mi swoją obawę o cierpienia, które nadejdą, kiedy pójdziesz w Moje ślady? Czy zaufasz mi, że gdy nadejdzie sprzeciw przeprowadzę Cię przez wodę i ogień i wyjdziesz z tego wszystkiego oczyszczony”?

    Myślę też, że każdy chrześcijanin dobrze zna tę zasadę – zbliżanie się do Boga to jakby podnoszenie ręki w piekle. Siły ciemności zawsze zareagują na chrześcijanina, który robi krok w stronę Boga – dobrze wiedzą, że może im zagrozić strata w ludziach. Chrześcijanin, który zbliża się do Boga – w postach, w modlitwach, w pokucie, taki, który pozwala Bogu badać i oczyszczać swoje serce, taki który mówi głośno o Bogu – decyduje się tym samym na dopuszczenie sprzeciwu duchowego, opozycji ze strony ludzi należących do diabła i tak dalej. To jest chyba najtrudniejsze. To bardzo, bardzo boli.

    Myślę też, że czasami wszyscy czujemy się kuszeni do tego, żeby “zostawić to wszystko”. Nie Jezusa i chrześcijaństwo jako takie. Chodzi tylko o to, żeby odpocząć od tych wszystkich walk z potępieniem diabelskim, z odpieraniem ataków duchowych. Myślimy: “Może istnieje jakaś łatwiejsza droga? To nie może być aż tak bolesne! Może zajmę się biznesem? Prowadzeniem domu? Znajdę sobie hobby?”. Przytłoczony przeciwnościami Dawid wołał: “(…) O, gdybym miał skrzydła jak gołębica, Chętnie uleciałbym i odpoczął.” – Ps. 55:6. Dziwi nas cierpienie za właściwą postawę. Spodziewamy się nagród, błogosławieństw i spokoju od naszych wrogów. Tymczasem dzieje się odwrotnie.

    Często mamy trudności z odróżnieniem za co cierpimy. To chyba jest nasz problem. I chyba właśnie o właściwe rozeznanie powinniśmy się modlić najwięcej.

    "A wierny jest Pan, który was utwierdzi i strzec będzie od złego." - II Tes. 3:3
Wyświetlanie 0 odpowiedzi wątku
  • Musisz się zalogować, żeby odpowiedzieć w tym temacie.